Ikar z PKOl. Historia Piesiewicza: od "złotego dziecka" do wizerunkowej izolacji

Zaczynał z mandatem niemal absolutnym, obiecując polskiemu sportowi finansowe eldorado i nowoczesność, jakiej nie widziały pokolenia. Dziś Radosław Piesiewicz, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, przypomina raczej dowódcę oblężonej twierdzy, który pod osłoną nocy "demontuje" neony upadłych sponsorów.

Beata Goczał
Beata Goczał
Udostępnij artykuł:
Ikar z PKOl. Historia Piesiewicza: od "złotego dziecka" do wizerunkowej izolacji
Radosław Piesiewicz na tle logo Zondacrypto

To nie jest tylko historia kryzysu jednej instytucji, to studium przypadku, jak kontrowersyjny styl zarządzania, zamiłowanie do luksusu i ryzykowne sojusze biznesowe mogą zniszczyć kapitał zaufania budowany dekadami.

Kiedy w czwartkowy wieczór 30 kwietnia pod budynek Centrum Olimpijskiego w Warszawie podjechał wysięgnik, nieliczni świadkowie wiedzieli, że patrzą na symboliczny koniec pewnej epoki.

Radosław Piesiewicz, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, wreszcie dotrzymał słowa – choć była to obietnica, której pewnie wolałby nigdy nie składać. Z dachu gmachu zniknął jarzący się błękitem neon Zondacrypto, bo firma nie wypłaciła Komitetowi zaległych kwot.

To, co przez miesiące miało być symbolem nowoczesności i finansowej potęgi PKOl, zostało zdemontowane w pośpiechu i w aurze skandalu. To nocne "gaszenie światła" stało się brutalną puentą drogi, jaką Radosław Piesiewicz przebył od "złotego dziecka" sportowej dyplomacji do lidera pogrążonego w głębokim kryzysie wizerunkowym.

Jak zauważa Barbara Krysztofczyk, CEO i image coach z Krystal Point, odpowiedź na pytanie o wpływ wizerunku Piesiewicza na pozycję PKOl jest oczywista i do bólu przewidywalna.

–Tak, obecny szef PKOl skompromitował się na całej linii. Tak, wyrządził wiele krzywd wizerunkowych organizacji, którą zarządza. Tak, nastawił przeciwko sobie gwiazdy sportu i naraził wielu sportowców na finansowe straty. Tak, tak i jeszcze raz tak – podkreśla ekspertka.

Narodziny "Menedżera Cudotwórcy"

Kiedy w kwietniu 2023 roku Radosław Piesiewicz przejmował stery w PKOl, spora część środowiska sportowego była pod wrażeniem jego energii i bezkompromisowości. Nowy prezes wjechał do gmachu przy Wybrzeżu Gdyńskim w Warszawie na fali spektakularnych sukcesów polskiej koszykówki – dyscypliny, którą w kilka lat wyciągnął z marazmu na europejskie salony. Jego wynik wyborczy (138 głosów do 24) był wyrazem niemal niezachwianej wiary działaczy w "sprawczość".

Radosław Piesiewicz obiecał rewolucję: koniec z epoką "dziadowania". PKOl miał pod jego wodzą stać się prężną korporacją, a sportowcy beneficjentami systemu nagród, o jakim wcześniej mogli tylko marzyć.

Budował wizerunek człowieka, który jednym telefonem potrafi otworzyć sejfy największych spółek Skarbu Państwa. Nowy prezes zdawał się być nietykalny, a jego polityczne relacje były postrzegane, jako jeden z elementów jego skuteczności.

To wtedy narodził się mit "złotego dziecka" sportowej dyplomacji, który potrafi zamienić polityczne poparcie w żywą gotówkę dla federacji. Działacze uwierzyli, że jego sprawność operacyjna przykryje wszelkie braki w doświadczeniu dyplomatycznym.

Bizancjum nad Wisłą

Pierwsze pęknięcia na tym lśniącym wizerunku pojawiły się szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał. Radosław Piesiewicz jako pierwszy prezes w historii PKOl uznał, że praca "społeczna" to relikt przeszłości, niepasujący do nowoczesnego menedżera.

Wprowadzenie wysokiej pensji (sięgającej z premiami – według niektórych mediów –nawet 100 tys. zł miesięcznie, a później ustabilizowanej na poziomie 58,5 tys. zł brutto – red.) było wyraźnym sygnałem: "cenię się wysoko, bo dowożę wyniki". Jednak to nie sama kwota na przelewie, ale otoczka "Bizancjum", jaką wokół siebie stworzył, zaczęła drażnić opinię publiczną i samych sportowców.

Media szybko zaczęły wyliczać luksusowe benefity: od 35 odpraw VIP na lotnisku Okęcie dla rodziny prezesa, przez gigantyczne billboardy z jego wizerunkiem zalewające kraj, aż po wystawny Dom Polski w Paryżu podczas igrzysk, który pochłonął miliony złotych.

Radosław Piesiewicz zaczął być postrzegany jako lider oderwany od realiów polskiego sportu, w którym wielu zawodników wciąż walczy o stypendia pozwalające na opłacenie czynszu. Zamiast skupienia na wynikach medalowych, uwaga społeczna skoncentrowała się na limuzynach i standardach hoteli. Wizerunek "skutecznego menedżera" zaczął nieodwracalnie przepoczwarzać się w obraz "dygnitarza zachłyśniętego władzą".

Według Katarzyny Dworzyńskiej, CEO & founder PR Calling, problem nie sprowadzał się wyłącznie do kontrowersyjnych decyzji finansowych. – Największym problemem nie jest nawet sam fakt pobierania wynagrodzenia czy kontrowersyjne decyzje biznesowe, tylko sposób, w jaki zostały one wprowadzone i komunikowane. Brak transparentności, brak wyczucia społecznego kontekstu i kompletny brak przygotowania narracyjnego sprawiły, że każda kolejna decyzja była odbierana w najgorszy możliwy sposób – ocenia ekspertka.

Zakład z kryptowalutami w tle

Prawdziwy "zjazd wizerunkowy" nastąpił jednak wraz z odcięciem politycznej pępowiny. Po zmianie władzy państwowi giganci (m.in. Orlen, PKP Cargo, Enea) – i w odpowiedzi na finansowe niejasności w organizacji – zaczęli masowo wypowiadać PKOl-owi umowy sponsorskie.

Radosław Piesiewicz, zamiast uderzyć się w pierś, przyjął narrację ataku. O wycofujących się sponsorach mówił ostro, nazywając ich decyzje "politycznym zleceniem" i próbą niszczenia polskiego sportu przez nowy rząd.

"Nasi sportowcy pojadą na igrzyska bez pomocy państwa i jestem z tego dumny" – deklarował hardo, choć w kuluarach PKOl zaczynało brakować gotówki na podstawowe nagrody. Ta postawa "oblężonej twierdzy" tylko przyspieszyła odejście partnerów prywatnych, takich jak Polkomtel, którzy nie chcieli być kojarzeni z polityczną wojną prezesa.

W tej finansowej próżni prezes PKOl postawił wszystko na jedną kartę. 22 października 2025 roku w luksusowej scenerii Monako ogłosił pozyskanie giełdy Zondacrypto jako sponsora generalnego Komitetu.

Chwalił się "pionierską nowoczesnością" i "emeryturami w tokenach" dla medalistów. Przez miesiące bronił tego wyboru jak niepodległości, mimo pojawiających się pytań o "rosyjskie ślady" i stabilność giełdy. Nawet gdy pojawiły się publiczne zarzuty i wątpliwości dotyczące wypłacalności Zondacrypto, ten wciąż stał po jej stronie, twierdząc, że to partner przyszłości, a ataki na sponsora to atak na samego prezesa. Jego wypowiedzi o kontakcie z ABW w tej sprawie zostały publicznie zakwestionowane przez przedstawiciela służb, rzecznik ministra koordynatora mówił o manipulacji.

Jak podkreśla Katarzyna Dworzyńska, przykład Zondacrypto jest tu podręcznikowy.

– Najpierw obrona partnera, potem nagłe odcięcie się i pozycjonowanie w roli poszkodowanego. To nie jest zarządzanie kryzysem, tylko reagowanie pod presją, które dodatkowo podkopuje wiarygodność – wylicza. Ekspertka zaznacza również, że w takich sytuacjach zmiana narracji nie jest odbierana jako korekta, tylko jako brak kręgosłupa.

Był to klasyczny ruch wysokiego ryzyka – w momencie największego kryzysu zaufania prezes związał los polskiego ruchu olimpijskiego z najbardziej nieprzewidywalnym i kontrowersyjnym sektorem finansowym.

Ta decyzja wzmocniła obraz lidera, który w sytuacji finansowej presji był gotów zaakceptować partnerstwo obarczone bardzo wysokim ryzykiem reputacyjnym, by utrzymać narrację o niezależności PKOl od finansowania ze strony państwowych spółek.

Syndrom oblężonej twierdzy

Moment, w którym prezes PKOl gwałtownie zmienił postawę wobec Zondacrypto — w ciągu kilku dni przechodząc od zdecydowanej obrony partnera do nocnego demontażu jego neonów 30 kwietnia 2026 roku — przypieczętował utratę jego autorytetu jako lidera.

W mgnieniu oka zmienił narrację: z dumnego partnera stał się "poszkodowaną ofiarą". Ogłosił, że sam prywatnie stracił na giełdzie niemal "siedmiocyfrową kwotę". To miało być jego alibi, bo skoro sam stracił, to skąd miał wiedzieć. Ta próba zrównania swojej sytuacji z losem poszkodowanych wyglądała cynicznie. Nie wzbudziła współczucia, lecz falę kpin. Opinia publiczna zobaczyła w tym desperacką próbę odwrócenia uwagi od faktu, że prezes PKOl wybrał i długo trwał przy tak ryzykownym partnerze.

Barbara Krysztofczyk zwraca uwagę, że takie zachowanie wpisuje się w klasyczny mechanizm psychologiczny charakterystyczny dla liderów w kryzysie. – Ludzie bardzo nie lubią zmieniać zdania, szczególnie publicznie, szczególnie wtedy, gdy przez długi czas bronili jednej wersji rzeczywistości – zaznacza. Według ekspertki uruchamia to mechanizm obronny: "skoro tyle razy powiedziałem, że mam rację, to teraz muszę mieć rację jeszcze bardziej".

Ekspertka Krystal Point przypomina też ustalenia badacza zachowań organizacyjnych Barry’ego Stawa, który pokazywał, że ludzie "potrafią nawet zwiększać zaangażowanie w błędny kierunek właśnie wtedy, gdy pojawiają się negatywne konsekwencje, bo wycofanie się oznaczałoby przyznanie: pomyliłem się". W jej ocenie dokładnie taki syndrom widać dziś wokół prezesa PKOl: – Kiedy tracą zaufanie, autorytet, sojuszników i kontrolę nad narracją, zostaje im już właściwie tylko własne poczucie racji – wskazuje nasza rozmówczyni.

Dziś Radosław Piesiewicz przypomina dowódcę głęboko odizolowanego w swojej twierdzy. Z jednej strony ma przeciwko sobie ikony polskiego sportu, takie jak Adam Małysz czy Robert Korzeniowski, którzy otwarcie mówią o wstydzie i upokorzeniu zawodników.

Z drugiej – toczy otwartą wojnę z Ministerstwem Sportu i służbami specjalnymi. Jego uporczywe trzymanie się stołka, mimo że 64 proc. Polaków (wg sondaży z końca kwietnia) domaga się jego dymisji, buduje wizerunek gracza, który statutowe bariery traktuje jak szańce obronne przed "wrogim światem".

Lider czy zakładnik własnych ambicji?

Z tej wielowątkowej historii wyłania się portret lidera, który padł ofiarą własnej pychy i braku pokory. Radosław Piesiewicz to postać tragiczna w wymiarze wizerunkowym: człowiek, który chciał przejść do historii jako zbawca polskiego sportu, a stał się jego największym obciążeniem i symbolem kryzysu.

– PKOl, który powinien być symbolem stabilności, wartości i apolityczności, został sprowadzony do poziomu organizacji uwikłanej w konflikty, chaos i personalne spory - uważa Katarzyna Dworzyńska. Ekspertka podkreśla też, że "wizerunkowo Piesiewicz wykreował się na lidera reaktywnego, niespójnego i skupionego na sobie, a nie na instytucji". Jej zdaniem to fundamentalny błąd – w organizacjach tego typu prezes powinien być ‘tłem dla marki’, a nie głównym bohaterem kryzysu.

Z jednej strony mamy sukcesy niektórych sportowców, a z drugiej nagłówki o kontrowersjach i problemach z nagrodami. Zamiast jedności olimpijskiej – zapowiedzi pozwów o zniesławienie wytaczanych ministrom. W świecie sportu, gdzie fundamentem jest zasada fair play, prezes PKOl stał się antybohaterem.

Czy w tak głębokiej izolacji, mając przeciwko sobie rząd, związki sportowe i miliony kibiców, Radosław Piesiewicz zdoła dotrwać do wyborów w 2027 roku? Sam zapowiada, że nie zamierza rezygnować z pełnionej funkcji i będzie ubiegać się o kolejną kadencję.

Zdaniem Rafała Czechowskiego, CEO i założyciela Imago PR, z perspektywy komunikacyjnej problemów można było uniknąć dzięki bardziej proaktywnemu zarządzaniu tematami potencjalnie kontrowersyjnymi.

– W praktyce oznacza to szybsze zajmowanie jednoznacznych stanowisk w sytuacjach ryzyka reputacyjnego, uprzedzającą komunikację wokół decyzji zarządczych oraz konsekwentne budowanie relacji ze środowiskiem sportowym jako naturalnym zapleczem wiarygodności PKOl – uważa.

Barbara Krysztofczyk uważa jednak, że sam kryzys wizerunkowy PKOl nie musi być nieodwracalny.

Jeśli tylko organizacja znajdzie sposób, by szybko pozbyć się swojego reputacyjnego balastu i wybierze na nowego szefa kogoś powszechnie szanowanego, ta osoba ma szansę sprawnie odzyskać zaufanie sportowców, sponsorów i kibiców. Nowy szef organizacji wjedzie tu na wizerunkowym białym koniu, a opinia publiczna będzie mu zapewne mocno kibicować - dodaje.

Barbara Krysztofczyk

W ocenie Rafała Czechowskiego, w sanacji wizerunku Komitetu kluczowe będzie uporządkowanie komunikacji i oparcie jej na wartościach oraz odbudowa dialogu z interesariuszami. – Proces ten ma znaczne szanse powodzenia, bo PKOL dysponuje silnym kapitałem historycznym i znaczącym potencjałem relacyjnym, zarówno ze sponsorami, jak i środowiskiem sportowym – mówi.

Z kolei Katarzyna Dworzyńska zaznacza, że odbudowa wiarygodności wymagałaby bardzo twardego resetu: – Pełnej transparentności, przyznania się do błędów i realnej odbudowy relacji ze sportowcami oraz sponsorami. Dziś to już nie jest pytanie o komunikację. To jest pytanie o przywództwo i zdolność do ponoszenia odpowiedzialności – podkreśla.

Historia uczy jednak, że neony zdjęte pod osłoną nocy rzadko zapalają się ponownie dla tych samych ludzi. Pozostaje pytanie, jak wiele gruzów zostawi po sobie ten "Ikar", zanim ostatecznie opuści Centrum Olimpijskie.

PRACA.WIRTUALNEMEDIA.PL

NAJNOWSZE WIADOMOŚCI

Jakub Bolewicz odchodzi z GQ Poland. Odpowiadał za social media

Jakub Bolewicz odchodzi z GQ Poland. Odpowiadał za social media

Kerris odpowiada za rebranding Skycash

Kerris odpowiada za rebranding Skycash

Nie żyje Stanisława Celińska

Nie żyje Stanisława Celińska

Republika kontra rzecznik rządu. Sakiewicz zapowiada proces po słowach o wpłatach na stację

Republika kontra rzecznik rządu. Sakiewicz zapowiada proces po słowach o wpłatach na stację

AFA MEDIA ze skutecznymi kampaniami SMS, MMS, PUSH APP i pokazuje, ilu klientów naprawdę wraca do sklepów
Materiał reklamowy

AFA MEDIA ze skutecznymi kampaniami SMS, MMS, PUSH APP i pokazuje, ilu klientów naprawdę wraca do sklepów

TSUE po stronie wydawców. Meta przegrywa starcie o wynagrodzenia za treści mediów

TSUE po stronie wydawców. Meta przegrywa starcie o wynagrodzenia za treści mediów