Nie każdy pamięta, kiedy wysłał swojego pierwszego w życiu maila. Co ciekawe, problemy z ustaleniem konkretnej daty mają też pionierzy na tym polu. Za dzień, w którym po raz pierwszy w Polsce skorzystano z poczty elektronicznej, uznawany jest 17 sierpnia. To również symboliczna data podłączenia naszego kraju do internetu. Kable miał podpiąć fizyk, Rafał Pietrak, ale, jak zaznaczał w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" w 2016 roku, to nie on wysłał historycznego maila.
- Ja tylko zestawiłem łącze internetowe. Jak dziś zamawia pan internet, przychodzi technik do pana mieszkania i coś tam montuje. Ja byłem właśnie takim technikiem - mówił, dodając, że problemy z połączeniem spowodowały, że tak naprawdę nie sposób określić, kiedy historyczny mail "wyszedł" z Polski.
- Mogło być to 17 sierpnia, ale równie dobrze 10 albo 12. To naprawdę symboliczna data - mówił w rozmowie z Gazetą Wyborczą w 2016 roku.

- Rok-dwa wcześniej mieliśmy już pocztę elektroniczną, tylko w zupełnie innym formacie. Z czasem okazało się, że to właśnie protokół TCP/IP zawojował świat - tłumaczył z kolei w rozmowie z PAP dr Jacek Gajewski, który również był zaangażowany w podpięcie Polski do internetu.
Dr Gajewski, zaznaczył, że wysłany 17 sierpnia email nie miał konkretnego adresata, ale dzięki nawiązanemu wówczas pierwszemu połączeniu internetowemu do Uniwersytetu w Kopenhadze, bo to właśnie ten ośrodek był adresatem pierwszej wiadomości, trafiła "paczka danych". Pierwszy email, jak wspomina Marcin Gromisz, który w momencie podłączenia był z Rafałem Pietrakiem w jednym pomieszczeniu, został wysłany do Hamburga, do Ośrodka Badań Jądrowych.
- To był z grubsza tradycyjny e-mail. Tekst wstukany jak na maszynie do pisania, w terminalach tekstowych. Przeglądarek internetowych nie było. Pierwsze strony WWW powstały mniej więcej za dwa lata. Co napisaliśmy? Nie pamiętam. Pewnie coś w rodzaju "hello" - precyzował w wypowiedzi dla "Gazety Stołecznej".

Internet od ludzi dla ludzi czy od ludzi dla botów?
W rozmowie z PAP dr Gajewski wspomniał, że protokół TCP/IP, który pozwolił na wysyłanie pierwszych maili z Polski był jawny, otwarty i dostępny dla wszystkich. - Po to zawiązano stowarzyszenie Internet Society, które propagowało otwarty internet jako odpowiedź na zapędy gigantów technologicznych. Wielkie firmy chciały, by to ich protokoły dominowały na świecie, czytaj: by do obsługi tej technologii trzeba było kupić ich sprzęt.
Dzisiaj dyskusja o dominacji "gigantów technologicznych" ma nieco inny wydźwięk. Biorąc pod uwagę, że tak zwany ruch agentowy (agentic traffic) odpowiada już za blisko 57,5 proc. całego globalnego transferu danych, a liczba treści generowanych w internecie przez sztuczną inteligencję sięga nawet 52 proc., można zastanawiać się, jak daleko będzie postępować automatyzacja, napędzana przez big techy.

Doktor Justyna Hofmokl, socjolożka internetu, kierowniczka działu badań i analiz Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa wspomina, że internet niósł ze sobą olbrzymi bagaż nadziei:
- W momencie, kiedy internet - stworzony pierwotnie do celów militarnych, później wykorzystywany głównie do celów naukowych - zaczął wchodzić pod strzechy pojawiła się nadzieja wyrównania szans i zniwelowania nierówności: cena przesyłania informacji spadła bowiem do zera. Dodatkowo otrzymaliśmy narzędzia do łatwego, bezpłatnego tworzenia treści - mówi w wypowiedzi dla portalu Wirtualnemedia.pl dr Hofmokl.
- Ja sama postrzegałam tę technologię jako agorę, w której ludzie otrzymują bezpłatne narzędzia wszechstronnej wypowiedzi. Jak wygląda rzeczywistość już wiemy: technologie komercyjne niesamowicie mocno weszły w tę przestrzeń - komentuje badaczka, podając przykłady firm takich jak Aibnb czy Uber, które zamiast wpisywać się w ideę ekonomii współdzielenia, stały się kolejnymi przykładami na korporacyjną dominację.

Artur Kurasiński, przedsiębiorca i inwestor w spółki technologiczne oraz autor podcastu Technofobia w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl, zauważa, że automatyzacja napędzana przez AI będzie tylko postępować.
- Teoria "martwego internetu" przestała być teorią, a stała się rzeczywistością z prostego powodu - nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu narzędzi do automatyzacji dzięki AI. Ten trend będzie się pogłębiał i należy oczekiwać pojawiania się coraz większej ilości narzędzi do weryfikacji ludzi vs AI. Dopisek "made by human" będzie oznaczał półkę premium w kontekście treści jak i interakcji - mówi w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl Artur Kurasinski, przedsiębiorca i inwestor w spółki technologiczne oraz autor podcastu Technofobia.
Dr Hofmokl zauważa, że należy wdrożyć działania w kierunku opłacania pierwotnych twórców treści, z których korzysta sztuczna inteligencja:

- Rozważane są rozwiązania, za pomocą których będzie można zmusić gigantów AI do tego, aby płacili za wiedzę, z której korzystają - mówi dr Hofmokl, dodając, że koniecznością stanie się również dokładne oznaczanie treści, generowanych przez AI.
- AI Act wymusił na firmie Anthropic deklarację, że kolejne modele będą musiały generować specjalny "znak wodny", oznaczający treści przez dany model językowy wygenerowane - zauważa badaczka.
Pytany o to, czy wobec tego internet wymyka się nam - ludziom - spod kontroli, Kurasiński odpowiada:
- Nie tyle internet nam się wymyka spod kontroli, co technologia, której twórcy nie baczą na kwestie prawne, etyczne, tylko chcą monetyzować za wszelką cenę swoje narzędzia. Zbliżający się debiut Anthropic i OpenAI [na giełdzie - red.] bardzo jasno to pokazuje: każda z tych firm będzie chciała zwiększyć swoją wycenę nawet kosztem bezpieczeństwa - stwierdza.

Kurasiński dodaje, że obecny stan rzeczy mogą zmienić regulacje odgórne:
- Tutaj już tylko państwa mogą być zaporą i tylko one mogą tworzyć bariery przed dewastującymi rozwiązaniami firm od AI. Niestety tworzenie prawa zawsze było wolniejsze niż technologia więc i tym razem spodziewam się, że będziemy próbowali regulować AI tak naprawdę dopiero po jakiejś spektakularnej katastrofie - prognozuje ekspert.
Źródło części tekstu: PAP













