Wieczór 28 stycznia, okolice biurowca Canal+ na warszawskim Mokotowie. Dźwięk przejeżdżających samochodów przerywa głośna arabska muzyka. Dostawca przywiózł kilka kartonów pizzy. Trafiają do VIP-roomu na parterze.
Wcześniej przygotowujący się do wejścia na antenę prezenterzy częstowali się słodkimi eklerkami. W pomieszczeniu z dużym telewizorem nie ma chipsów ani piwa, ale czasami ponoć zdarza się sushi.

Panuje tutaj rodzinna atmosfera. Jak mamy "Ligę+ Extra", to spotykamy się około południa i zostajemy do wieczora. Oglądamy i analizujemy mecze, zawsze zjemy coś smacznego, rozmawiamy o sprawach ważnych i trywialnych. Przyjeżdżają goście, a wśród nich piłkarze, trenerzy, prezesi czy właściciele klubów. Podobnie to wygląda, gdy pracujemy przy Lidze Mistrzów. Jesteśmy zespołem zgranym, ale jak dołączają do nas nowe twarze, to szybko się integrują.
"Najbardziej pozyskujący subskrybentów produkt"
Naprzeciwko recepcji Canal+ Polska stoi wielki baner promujący Ligę Mistrzów. Dekoracja nie jest przypadkowa.
— Liga Mistrzów to najbardziej pozyskujący subskrybentów produkt, jeśli chodzi o sport w Canal+. Premier League także po powrocie pełnego pakietu praw do nas. Kiedy to nastąpiło, tych klientów bardzo wielu przybyło i są to produkty, w które warto inwestować. Nie tylko ze względu na jakość rozgrywek, ale też biznes. PKO BP Ekstraklasa też ma dużą grupę wiernych odbiorców — mówi Wirtualnemedia.pl Michał Kołodziejczyk, szef redakcji sportowej Canal+.

Nadawca robi wszystko, aby w dzień, kiedy rozgrywanych jest 18 meczów jednocześnie, widzowie stacji Canal+ Extra, byli zadowoleni.
— W obsługę tylko tego wieczoru zaangażowanych jest 94 osoby. Wśród nich 39 dziennikarzy, 20 osób z obsługi technicznej, 7 wydawców, każdy obsługujący po 3 mecze i 3 przypisanych do Multiligi. W dwóch miejscach mamy swoje ekipy z komentatorem i ekspertem — wylicza szef Canal+ Sport.

Wielu posiadaczy praw nie decyduje się na obsługę komentatorską wszystkich spotkań. Canal+ dba o to, żeby każdy z meczów był opatrzonym komentarzem.
U nas nie ma takich zasobów technicznych, żeby z Warszawy zrobić komentarz do wszystkich meczów, dlatego 6 osób pojechało do Pragi do czeskiego Canal+ Sport. Czesi nie mają Ligi Mistrzów, a trwa Australian Open, więc nie wykorzystują swoich budek komentatorskich do tenisa. Użyczają nam miejsca. 6 meczów jest komentowanych stamtąd przez jedną osobę, a pozostałe 12 spotkań komentują dwie osoby tutaj.
Nawet mecze mało popularnych drużyn przyciągają kilka tysięcy widzów.
— Liczba widzów krajowych rozgrywek ligowych jest ograniczona. Szacunki mówią o grupie od 0,5 mln do 1 mln osób, które interesują się ligą hiszpańską, angielską albo wszystkimi razem. Jeśli chodzi o Ligę Mistrzów, to "The sky is the limit". Jak odbywa się mecz Barcelony z Liverpoolem, to nie widać sufitu, także z powodu osób, które towarzyszą piłce nożnej z boku. Pań, które włączą mecz, bo są takie zespoły, które przyciągają — zauważa szef redakcji sportowej.

Canal+ Sport jak pięciogwiazdkowa restauracja?
Stacja zapewnia, że dba nie tylko o liczbę komentatorów, ale też jakość przekazu.
— Zawsze powtarzam wydawcom, że z naszym produktem gościmy w domach widzów, a to zobowiązuje. Chcemy, aby osoba przed telewizorem poczuła się jak w pięciogwiazdkowej restauracji, gdzie najwyższej klasy obsługa serwuje produkt absolutnie wyjątkowy. Kluczem jest studio, które przed i po meczu musi być tak sformatowane, by dynamicznie angażować widza i nie pozwolić mu nawet na moment znużenia — zapewnia Piotr Małkowski, zastępca dyrektora Canal+ Sport.
Na forach dyskusyjnych i w mediach społecznościowych można znaleźć zarówno pozytywne, jak i negatywne opinie na temat komentatorów kanałów sportowych.
— Kibice błyskawicznie zweryfikują komentatora, który przygotował się po łebkach, a już tym bardziej bazując jedynie na AI. Oni bardzo często siedzą tak głęboko w danej lidze, że sami stają się fachowcami. Amatorka w komentarzu nie przejdzie — dodaje Małkowski.

Co tydzień jedna z najbardziej doświadczonych osób z zespołu musi obejrzeć i ocenić wszystkie magazyny stacji. W czwartki o 10:30 w redakcji odbywa się dwugodzinne kolegium, a we wtorki spotykają się szefowie działów Canal+ Sport. Wtedy zapadają decyzje o tym, którzy dziennikarze pojadą lub polecą na dany mecz. Najczęściej trzy tygodnie przed spotkaniem. Wybór nie zawsze jest łatwy. W grę wchodzą ambicje, emocje i osobiste preferencje.
Gdzie są wysyłane ekipy wyjazdowe? — W naszym przypadku to zawsze Barcelona, bo Lewy. W Polsce Barcelona i Real to "religie", więc wysyłamy ekipę obsługującą drugi mecz do miejsca, gdzie gra Real Madryt. Chodzi o oglądalność i zainteresowanie kibiców — odpowiada Kołodziejczyk.

Przy wyborze komentatorów stacja też kieruje się pewnymi zasadami.
Staramy się, żeby na przykład na mecz Ligi Mistrzów z udziałem hiszpańskiej drużyny poleciał ktoś, kto na co dzień komentuje ligę hiszpańską. W przypadku barażu, zależy nam, aby spotkanie obsługiwała ta sama para komentatorów. Wtedy przygotowanie do wydarzenia zajmuje znacznie mniej czasu. Gorzej jest z mniej znanymi drużynami. W takim przypadku warto obejrzeć ich kilkanaście ostatnich meczów albo gole z tych spotkań.
Najbardziej doświadczeni komentatorzy, mogą ekspresowo wejść na antenę.
— Kiedyś dostawaliśmy sygnał od Viaplay i w którymś momencie otrzymaliśmy transmisję bez komentarza, bo coś padło. Marcin Rosłoń w ciągu 15 minut przyjechał do redakcji i komentował ten mecz bez żadnego przygotowania. Mnie to bardzo imponuje, bo wiem ile godzin poświęcałem na przygotowanie do meczu, kiedy go komentowałem lub opisywałem — wspomina Kołodziejczyk.

Relacjonowanie meczów wiąże się z wieloma wyjazdami, ale redakcja ma być elastyczna na oczekiwania grafikowe dziennikarzy.
— Szanujemy ludzi. Jak ktoś nam mówi, że się rodzi dziecko, to nie dostanie dyżuru. Jeśli ktoś wie, że musi odpocząć, bo czuje się przepracowany, to wysyłamy go na urlop. Jeśli ktoś żeni się, to dostaje takie mecze, żeby nie musiał wyjeżdżać na koniec Polski przed ślubem, bo wiemy, co to oznacza dla jego życia rodzinnego. Wydaje mi się, że tu jest mnóstwo szacunku, mimo ego, które w telewizji jest zawsze gigantyczne. Każdy myśli, że już jest gwiazdą albo za chwilę będzie. Tu nie ma niezdrowej atmosfery — tłumaczy.
Więcej niż połowa widzów ogląda mecze w streamingu
Kto jest dzisiaj widzem stacji sportowych Canal+?
— Oglądają nas nie tylko mężczyźni. Tenis nam tego widza bardzo wyrównał, bo wiele kobiet turnieje WTA śledzi na żywo. Nie możemy dopieszczać tylko odbiorców w grupie 50+, bo nie pozyskamy nowych i nasz biznes za X lat przestanie istnieć. Musimy jednocześnie dbać o 50+, więc nie możemy oferować wyłącznie "TikToka", dłuższe debaty i tematy publicystyczne także znajdują czas na antenie — odpowiada Kołodziejczyk.

Z myślą m.in. o młodych odbiorcach Canal+ emituje Multiligę, czyli łączoną relację ze wszystkich meczów. Kibice w szybkim tempie przenoszą się ze stadionu na stadion. Tym samym mogą zobaczyć najciekawsze bramki czy akcje. Oczywiście, jeśli potrafią nadążyć za takim tempem.
— W zeszłym sezonie podczas Multiligi było 3 minuty ciszy bez gola, a później goli przez 30 sekund na przykład 5. Dla mnie 45-letniego zaraz faceta tych bodźców jest za dużo w trakcie Multiligi. Byłem tak przebodźcowany, że nie mogłem potem zasnąć. Dla młodego widza, który na TikToku czy Instagramie utrzymuje koncentrację na 5 sekundach i odpuszcza, mecz w formie teledysku jest wymarzony — wspomina szef Canal+ Sport.
W ostatnich latach znacząco zmienił się sposób odbioru Ligi Mistrzów.
— Rozpieszczamy widza. Dajemy możliwość oglądania czterech meczów jednocześnie na ekranie. Nie mogę mówić o dokładnych liczbach, jeśli chodzi o oglądalności online. O ile trzy lata temu, mówiliśmy o przewadze 80:20 telewizji satelitarnej, to obecnie większa połowa już ogląda mecz w streamingu, a całkowita liczba widzów rośnie — zauważa Kołodziejczyk.

Podczas naszego pobytu, przed rozpoczęciem transmisji, koledzy z redakcji informują szefa Canal+ Sport o problemach technicznych. Kołodziejczyk na platformie X wyjaśnił, że przyczyną jest "globalna awaria infrastruktury Amazon Web Services, z której korzysta wiele serwisów na całym świecie, w tym Canal+".
Darmowe transmisje przyciągają młodych abonentów
Canal+ ciągle próbuje przekonać do swojej oferty sportowej nowych widzów. Firma raz na jakiś czas udostępnia mecz PKO BP Ekstraklasy lub Ligi Mistrzów na YouTube za darmo. Spotkanie jest komentowane na tej platformie i w mediach społecznościowych, co skłania niektórych internautów do wykupienia subskrypcji.

— To dla nas forma promocji rozgrywek, która się opłaca, bo przyciąga do serwisu nowych klientów, którzy zostają i chcą zobaczyć więcej. Niektórzy nadawcy, nie tylko z Polski, obawiają się udostępniania bez opłat zbyt dużej liczby treści. Kiedyś zastanawialiśmy się, czy transmisja całych spotkań na YouTube nie odbierze nam wielu klientów. Tymczasem pokazane spotkanie nadal okazało się jednym z najpopularniejszych zarówno na satelicie jak i w serwisie streamingowym Canal+ — mówi Karol Szumlicz, head of digital sport w Canal+.
Za media społecznościowe nadawcy odpowiada sztab ludzi.
— Łącznie mamy 11 osób zarządzających mediami społecznościowymi, a w razie potrzeby nawet 13. Mamy systemy, które pozwalają na pracę z dowolnego miejsca. Obsługujemy Facebooka, X i Instagrama. Mamy ekipę dedykowaną TikTokowi i skupiającą się na YouTube. Zajmują się między innymi zamieszczaniem skrótów meczów, ale również materiałami dodatkowymi – kulisami, programami na żywo. Social media są u nas bardzo rentownym przedsięwzięciem, chociażby dzięki reklamom na YouTube, ale również dzięki możliwościom reklamowym Meta — wyjaśnia Szumlicz.
"Niezliczona liczba bodźców"
Choć za chwilę zacznie się kilkugodzinny program, w głównym studiu i okolicach panuje luźna atmosfera, a dziennikarze żartują. Kołodziejczyk opowiada o wyjeździe na narty z partnerką, którą jest Anita Werner z TVN.
Prezenterka Canal+ Sport Daria Kabała-Malarz umieszcza przy stole stertę kartek z planem ramowym wieczoru. Prowadzący muszą reagować ekspresowo na wydarzenia na stadionach.
— To natłok, niezliczona liczba bodźców, działanie na bieżąco, reagowanie na to, co przynoszą mecze. W przypadku płynnej tabeli podczas 18 meczów rozgrywanych jednocześnie, przetwarzanie danych to jedno wielkie szaleństwo. Musimy szybko decydować, co dalej, na przykład podczas krótkiego materiału. Często w ciągu minuty sytuacja zmienia się tak bardzo, że musimy porzucić zaplanowany wątek i przejść do innego — mówi Daria Kabała-Malarz.
Czy zdarzają się pomyłki?
— Wpadki, które trafiają na antenę, praktycznie nam się nie zdarzają. Zdarzają się natomiast momenty, które działają na nas bardzo rozładowująco. Chodzi o te chwile w trakcie programu na żywo, kiedy studio wywołuje materiał, a my możemy na moment odetchnąć. Wtedy często pada jakiś żart albo toczy się luźna rozmowa między prowadzącymi i gośćmi. To są właśnie te sytuacje, które pozwalają nam złapać dystans, napięcie opada i możemy wrócić do programu z nową energią — odpowiada prezenterka.
Dziennikarze Canal+ Sport nie boją się żartować na antenie. — Było pierwsze studio po powrocie Premier League. To zawsze wielkie emocje, nie wiedzieliśmy, czy czegoś nie zapomnieliśmy i nie musimy trybów naoliwić. Po studiu latała mucha, która absolutnie zrobiła robotę. Andrzej Twarowski zaczął w którymś momencie o niej opowiadać i próbować ją zneutralizować. Atmosfera od razu się rozluźniła — wspomina szef redakcji.
Na YouTube dużą popularnością cieszy się nagranie sprzed blisko 20 lat, na którym Radosław Majdan komentujący wydarzenia na stadionie, przeklina. Czy takie pomyłki są częste?
— Po północy zdarzają się różne lapsusy, które padają albo i nie. Zbitki spółgłosek, które tworzą przekleństwa. Ja przeklinam, a Tomek Lipiński nigdy nie przeklął w rozmowie prywatnej. Kiedyś połknął jakąś spółgłoskę i wyszło bardzo brzydko w telewizji — odpowiada Kołodziejczyk.
Czasami to efekt zmęczenia. Po ostatnich inwestycjach w prawa sportowe redakcja pracuje 7 dni w tygodniu, czasami przez całą dobę.
— Bardzo łatwo nakupować różnego rodzaju praw, nie mieć pomysłu na ich dystrybucję. Zaoferować klientowi sposób odbioru, którego on nie posiada, przeinwestować nie tylko w prawa, ale także ich opakowanie, wynająć studio za miliony, a później interes zamknąć — mówi szef Canal+ Sport.
Kołodziejczyk twierdzi, że sport to segment telewizji, który ma przyszłość.
— Nie będziemy dyskutować z tym, że widz od telewizji się wycofuje. Sport obroni się jako jedna z nielicznych treści na rynku telewizyjnym, bo jest na żywo. Newsy można znaleźć portalu, jak ktoś lubi czytać. Jeśli ktoś nie ma czasu włączyć telewizora, to znajdzie newsy także na X, a sport na żywo zawsze się obroni. Ludzie chcą go oglądać wtedy, kiedy trwa, najlepiej w dobrej jakości na dużym ekranie — ocenia Kołodziejczyk.











