W polskich mediach nie ma już miejsca dla Marcina Mellera?
Nie, miejsce jest. Po pierwsze: pracuję cały czas w Esce Rock, gdzie prowadzę program "Mellina" i dobrze mi z tym. To już czwarty rok i zakładam, że na razie tak zostaje. Mnie to pasuje, stacji to pasuje, więc w tym sensie pozostaję w mediach.
Pojawiają się też propozycje: ostatnio zrobienia czegoś o bardziej publicystycznym charakterze niż "Mellina".
Powrót do telewizji?
Nie. Powiedziałbym, że to coś bardziej podcastowego. Tematyka: bardziej specjalistyczna, międzynarodowa.
Odmówił pan?
Brzmi ciekawie, ale raczej nie znajdę na to czasu. Jeśli mam wolny czas, to idzie on na Etiopię – to wór bez dna. Choć wiem, że nigdy nie mów nigdy. Co jakiś czas dostaję propozycje, zawsze idę na rozmowę, bo nigdy nie wiadomo co z takiej rozmowy wyniknie.

Dzisiaj być może tylko się napijemy kawy, a za dwa lata coś się może zdarzyć. Nie raz tak miałem w życiu. Na dzisiaj mam wszystko poukładane, nie potrzebuję więcej, ale przecież jutro ktoś może się odezwać z super pomysłem, albo mnie olśni i do kogoś uderzę.
Odchodząc po cichu z Kanału Zero, co wiązało się z pożegnaniem z działalnością czysto publicystyczną, robiłem to trochę w charakterze eksperymentu. Po raz pierwszy od lat miałem w ogóle nie zajmować się polityką. I była to błogosławiona decyzja psychiczno-zdrowotna.
Dodatkowo narzuciłem sobie, że choćby mnie kusiło, nie będę pisać w mediach społecznościowych na tematy okołopolityczne. Minął ponad rok. Okazało się, że ten detoks to świetne działanie prozdrowotne dla umysłu. A gdy w sierpniu zeszłego roku wskoczył pomysł ze szkołą, to to odcięcie wybrzmiało jeszcze bardziej.

Czym się pan dziś głównie zajmuje?
Piszę trzecią powieść, która będzie zarazem moją ósmą książką. Z tym wiążą się spotkania autorskie, co też jest częścią pracy. Prowadzę działalność influencerską na moich socialach, czyli polecam książki, co też jest częścią pracy. No i coś, co mi zajmuje teraz najwięcej czasu, choć nie jest pracą w sensie zarobkowym, czyli budowa szkoły w Etiopii. Do tego Eska Rock.
Da się z tego utrzymać?
Da się. To mi wystarcza do życia. Poza tym mam rodzinę, dwójkę dzieci, chcę mieć czas na życie. Nie ma też takiej ilości czasu, której by było za dużo na projekt etiopski.
Czym jest dla pana Etiopia?
Etiopia to coś konkretnego i wymiernego. Kiedy szkoła ruszy, to co roku kilkadziesiąt nastolatków w trudnym zakątku świata dostanie wędkę – edukację pozwalającą na pracę w ojczystym kraju. To jest dobre w takim najbardziej podstawowym sensie tego słowa. Czyste i pozytywnie zmieniające ludzkie życia. Spora zmiana po latach publicystyki.

Żeby było jasne: ja to nadal lubię jako konsument. Nadal czytam wiadomości, oglądam, bo mnie to kręci. Ale mam jedno życie i ograniczony czas. Jest taki rysunek Marka Raczkowskiego, który bardzo lubię: spiker w telewizji mówi, że opinią publiczną wstrząsnęła seria wydarzeń kompletnie pozbawionych znaczenia. I tak wygląda większość publicystycznych dram. Oczywiście są rzeczy ważne, fundamentalne: wojna w Ukrainie, Bliski Wschód, Iran.
Więc sprawdzam rano w komórce, kto komu naubliżał i dlaczego, ale na tej zasadzie jak w knajpie kątem oka oglądam mecz. Na tym etapie życia najważniejszą sprawą jest dla mnie wybudowanie szkoły. I daje mi to poczucie sensu życia.
Wrócę do rozstania z Kanałem Zero, o czym pan przed chwilą wspomniał. Krzysztof Stanowski mówił, że ma do pana żal za styl pożegnania. Twierdził, że dowiedział się o wszystkim z Instagrama.

Ujmę to tak: chciałem odejść z Kanału Zero jak najciszej i jak najkulturalniej. Mam nadzieję, że Krzysztofa Stanowskiego zawodzi pamięć, bo się delikatnie myli. Dowiedział się ode mnie, nie z Instagrama. Dzwoniłem do niego, żeby zakomunikować, że odchodzę definitywnie. Nie odbierał, co nie jest dziwne, bo rzadko odbierał i niekoniecznie oddzwaniał.
Napisałem więc: "Elo typie, tak mi dobrze ten detoks od polityki zrobił, że nie chcę go przerywać (emotka uśmiechniętej buźki w okularach przeciwsłonecznych) Dzięki jeszcze raz! MM". Nie odpowiadał, co też było normalne, bo często nie odpowiadał, ale widziałem, że przeczytał, więc po ponad pół godzinie wrzuciłem post na Instagramie zaczynający się tak: "Pytacie czy wracam do Kanału Zero skoro Krzysztof Stanowski zakończył kampanię prezydencką. Powiem Wam to co jemu: Tak mi dobrze ten detoks od polityki zrobił, że nie chcę go przerywać. Dzięki jeszcze raz!" I wtedy odpisał: "Spoko, jasne, powodzenia!"

W skali od 0 do 10 elegancję mojego odejścia oceniam na 11. Wiedząc, ilu Stanowski ma wrogów, zrobiłem wszystko, żeby nikt nie mógł wykorzystać mojego odejścia, by mu przywalić. Nie wpadłem na to, że rok później wykorzysta to, by mi wbić szpilę.
Były jeszcze sugestie o "spełnianiu zachcianek".
Jedyna zachcianka, jaka przychodzi mi do głowy, to prośba, by przekąski na stole dawały się zjeść na jeden kęs, żeby nie było ryzyka, że strzeli majonez i się gość ochlapie. Trochę ironizuję, ale naprawdę robiłem wszystko, by było cicho. Różne były historie w moim życiu, w których mógłbym mieć coś sobie do zarzucenia, ale nie tu.
Ma pan na myśli epizod bycia naczelnym Wp.pl przez trzy tygodnie?

To było moje jedyne niefortunne rozstanie, ale do tego nie chcę wracać. Było, minęło. Generalnie rozstaję się w dobrych relacjach. Przykład: mimo odejścia kilka lat temu z TVN, na 20-lecie Dzień Dobry TVN, prowadziłem gościnnie jedno wydanie z Magdą Mołek, wziąłem udział w przygotowaniu kilku materiałów. I to w DDTVN ogłosiłem projekt budowy szkoły w Etiopii i start zrzutki.
Z ich zdalną pomocą nakręciłem w Etiopii mini reportaż, który w Warszawie pięknie zmontował Szymon Brózda. Jestem im za to mega wdzięczny.
Z małymi wyjątkami nie noszę w sobie urazy, podchodzę do takich spraw pragmatycznie. Już po nagraniu Stanowskiego uderzyłem do Roberta Mazurka i Igora Zalewskiego z pytaniem, czy nie wcisnęliby mnie do Kanału Zero, żebym poopowiadał o szkole w Etiopii. I wcisnęli. Dzisiaj byłem gościem poranka i też jestem za to wdzięczny.

A Wirtualna Polska? Wrócił tam Piotr Mieśnik, co wydawało się niemożliwe. I właśnie zrobił ze mną rozmowę do Wp.pl o Etiopii. "Więc nie takie rzeczy ze szwagrem po pijanemu" – by zacytować Andrzeja Mleczkę.
A z drugiej strony jak odchodziłem z "Polityki" to wszystko układało się dobrze, a potem okazało się, że najwięcej złych rzeczy o sobie przeczytałem właśnie u autorów "Polityki", którzy pałą symetryzmu okładali każdego, kto nie ukochał wystarczająco ich umiłowanej partii. To jednak wyjątek potwierdzający regułę – zazwyczaj z byłymi miejscami pracy mam dobre relacje.
Żałuje pan współpracy ze Stanowskim?
Absolutnie nie. To było bardzo ciekawe doświadczenie: obserwowanie początku projektu i zderzenie się ze światem poza moją bańką. Bardzo pouczające. Poszerzyłem pole walki. Charakterystyczna sprawa: jeśli na ulicy zagadują mnie 60-latkowie, to najpewniej są to widzowie TVN24, jeśli 40-latkowie to zapewne słuchacze "Meliny", a jak młodsi, w tym dwudziestolatkowie, to na bank Kanał Zero.

Już sam ten kontakt z innym światem był cenny. Z innymi widzami, gośćmi, sposobami postrzegania rzeczywistości. Polecałbym to każdemu, a zwłaszcza dziennikarzom, a szczególnie publicystom. W mojej bańce rozczulało mnie to przekonanie o "wszystkich". Że "wszyscy coś tam", a ci "wszyscy" to mały światek. Potem jest wieczne zdziwienie, że ludzie myślą inaczej niż powinni i zagłosowali inaczej niż mieli zagłosować.
Mediom brakuje szerszej perspektywy?
Pamiętam, jak na wczesnym etapie kampanii prezydenckiej Sławomir Sierakowski z Przemysławem Sadurą ogłosili, że Trzaskowski ma autostradę do prezydentury. Na podstawie tego, co widziałem i słyszałem dookoła, miałem odmienne zdanie. Uważałem, że będzie bardzo, bardzo ciężko. Nie mogłem uwierzyć w zadufanie obozu Trzaskowskiego i jakby tego było mało, dochodził bardzo słaby sztab wyborczy, który potem udowodnił, że nie był słaby, tylko tragiczny.

Zapytałem więc w programie: czy Trzaskowski w ogóle ma szansę wygrać? No i nasłuchałem się, że jestem debilem, że nie znam się, nie rozumiem realiów i badań, że to komiczne pisowskie bredzenie i żebym wracał do gołych bab. A przecież nie chodziło o atrybuty Nawrockiego, tylko o realia, skan z rzeczywistości i nastrojów społecznych. To był też efekt pracy w Kanale Zero – słuchałem bardziej zróżnicowanych głosów niż ci mądrzejsi ode mnie.
Brakuje mi tego w mediach i to było naprawdę fajne i pożyteczne w tej mojej robocie w Kanale Zero: że siadali do stołu ludzie, którzy normalnie by ze sobą nie usiedli, bo jedni nie pójdą do TVN, a drudzy do Republiki. I potrafili ze sobą rozmawiać, nawet jeśli patrzyli na siebie spode łba.
Miał pan swobodę doboru gości w Kanale Zero?
Kompletną. Stanowskiego nie obchodziło, kogo zapraszam. Tak się umówiliśmy i słowa dotrzymywał. Kiedy rozmawialiśmy przed startem Zera, co on na to, że zaproszę Szymona Jadczaka, z którym naparzał się na Twitterze, odparł: "W dupie to mam. Twój program".

Szymon zresztą też był gotów przyjść, kombinowałem, żeby zrobić odcinek, w którym siądą razem, no ale nie zdążyłem. W Zerze było więcej wolności niż np. w TVN24. Tam mi zablokowali Stanowskiego, kiedy go zaprosiłem. Nie zgodzono się na Bronisława Wildsteina, były pretensje o zaproszenie Marcina Dumy i szlaban na jego ponowną wizytę.
Pamiętam też takie historie, jak goście z lewicowo-liberalnej strony byli młotkowani przez znajomych, że nie wolno chodzić do Kanału Zero. Jak już przyszli, to na początku składali deklarację, że "Stanowski jest bardzo zły". Robiłem sobie z tego żarty, że wprowadzę taką rubrykę na start.
Jednocześnie zauważyłem, że prawicowi komentatorzy byli zadowoleni, jak był choć jeden ich wyrazisty głos. W drugą stronę to nie działało: jak było trzech liberalnych i lewicowych komentatorów kontra jeden prawicowy, to był krzyk: "Jak można zapraszać takiego odrażającego prawaka?!". Nie po raz pierwszy się przekonałem, że w rozumieniu liberalnego-lewicowego świata prawdziwa i godna dyskusja polega na tym, że są tylko nasze poglądy i od biedy jakiś udomowiony, delikatny, bezzębny prawicowiec.
Sam też najbardziej lubię moje poglądy, ale jednak jestem ciekaw też innych, nawet jak się z nimi nie zgadzam. Choćby po to, żeby zrozumieć w jakim świecie żyję. Z oburzania się, że "tamci" są paskudni, niewiele wynika poza samozadowoleniem i mobilizacją ultrasów. Rok w Kanale Zero pokazał mi, że świata antypisowskiego czy szerzej antyprawicowego nie da się zadowolić, dopóki druga strona ma prawo głosu. Wolność i demokracja będą wtedy, jak prawaki skleją paszcze.
Ogląda pan nadal Kanał Zero? Widział pan reportaż Marii Wiernikowskiej?
Niestety widziałem. To jakby w 1943 roku pojechać do Berlina i napisać milusi tekścik jak tam normalnie, a ludzie jak to ludzie nie chcą wojny. Musiałbym użyć słów grubych, więc postawię kropkę.
Da się dziś w ogóle być symetrystą?
Nie, nie da się. To bez sensu. Symetryzm jest wyzwiskiem. Robert Mazurek twierdził, że wymyślił ten termin, ale u niego miał pozytywną, a przynajmniej neutralną konotację.
Jako pałki użyli go publicyści "Polityki", do szczucia na każdego, kto nie wpada w ekstazę na widok Tuska. Dla mnie symetryzm to po prostu oldskulowe dziennikarstwo: słuchasz różnych stron i racji, starasz się zrozumieć logikę innego, spoglądasz na problem z boku. Ale oczekiwanie na to jest znikome.
Dlaczego?
Bo zdecydowana większość odbiorców, widzów, kibiców chce, by publicyści i politycy się napierdalali. Żeby była wojna, zgiełk bitewny i krew. Liczy się tylko: "ale zaorał". Tak zwani symetryści to często zdrajcy dla obu stron. Psują zabawę tymi swoimi "z jednej strony, z drugiej strony." To dobre na seminaria uniwersyteckie i do niszowych mediów. Przypadek Kanału Zero też to pokazuje. Zaczynał w znacznej mierze symetrystycznie, a w kampanii prezydenckiej nastąpił mocny skręt w prawo.
W pewnym uproszczeniu to Krzysztof Stanowski wybrał Karola Nawrockiego na prezydenta. Nastąpiło sprzężenie zwrotne: Stanowski wyczuwał nastroje i jednocześnie je nakręcał. Nie robię z tego zarzutu, tak po prostu poszło. A druga strona popełniła katastrofalny błąd wynikający z przekonania o swojej wspaniałości i wyższości, obrażając się na Kanał Zero i odmawiając wizyt. Jak się zorientowali, że idą na ścianę, było już za późno.
A pan by usiadł po debacie prezydenckiej do stołu, by rozmawiać z Braunem i Korwinem?
Nie. Ani po, ani przed. Natomiast dziś symetryzm to ekskluzywna rozrywka, jak prenumerowanie miesięcznika o sprawach międzynarodowych. Sam parę takich rzeczy czytam. Ale nie oczekuję, że to wpłynie na rzeczywistość.
Nie ma zapotrzebowania społecznego. Jest popyt na prostą młóckę. Jak mówił siatkarz Tomasz Fornal podczas meczu z USA na ostatnich igrzyskach: "Napierdalamy się z nimi!". To wspaniałe w sporcie, w polityce mniej. Bawiło mnie przypisywanie winy za przegraną Trzaskowskiego symetrystom. Nie, to była tragiczna kampania i fatalny sztab. Ale zamiast próbować zrozumieć rzeczywistość, łatwiej zwalić na symetrystów. Myślenie magiczne zawsze ma wzięcie. A w rzeczywistości symetryści mogli i mogą.
Widzi pan media, których chciałby być częścią?
Żeby się zorientować, co się dzieje, muszę przeczytać trzy, cztery źródła i przeprowadzić pełną podejrzliwości analizę. Gdybym miał wymienić jedno rzetelne, choć niszowe - co charakterystyczne – medium, to byłby to "Tygodnik Powszechny". Tam zakładam, że treść opiera się na prawdzie i chęci zrozumienia.
Edward Miszczak mówił, że telewizja za panem tęskni. Jest jeszcze miejsce na format taki jak "Śniadanie Mellera"?
To była miszczakowa kurtuazja. Już nie jest moim przełożonym, nie musi się ze mną użerać, więc może być miły, doceniam! I dziękuję mu, bo dzwonili z Polsatu dwa razy z propozycjami. A miejsce na taki program jest, w Kanale Zero to działało. Nawet w wersji popkulturowej by się znalazło, choć kultura ma mniejszą oglądalność.
Był pan naczelnym "Playboya". Wierzy pan w sukces "GQ Poland"?
Trzymam kciuki. Olivier Janiak to idealny naczelny do tego projektu, nie ma lepszej osoby w Polsce. Kiedy kierował "Malemenem", a ja "Playboyem", z życzliwą zazdrością przyglądałem się temu jak prowadził pismo. Ważne też, kto za nim stoi: Omenaa Mensah i poniekąd Rafał Brzoska. To poważna sytuacja.
Mam nadzieję, że ich sukces jest możliwy. Zaprojektowali "GQ" nie tylko jako pismo, ale jako gadżet do położenia na stole w salonie czy kawiarni. To argument na plus. W końcówce mojej kariery w "Playboyu" przedstawiliśmy wydawcom projekt przestawienia pisma na luksusowy lifestyle.
Widać było, że internet zżera pictoriale z gwiazdami i dziewczynami z sąsiedztwa, to nie miało dłużej sensu. Dlatego chcieliśmy pójść w stronę ambitnego, aspiracyjnego lifestyle'u dla mężczyzn, przyjaznego dla kobiet. A Olivier to robi i mam nadzieję, że wbrew trendom składającym papier i tradycyjne pisma do grobu, odniesie sukces.
A z książek da się dziś w Polsce wyżyć?
Skromna mniejszość piszących jest w stanie. Ja jestem. Istotna część w budżecie to spotkania autorskie. Ja naprawdę daję z siebie wiele na tych spotkaniach, wieść się niesie, frekwencja dopisuje.
Nad czym pan teraz pracuje?
Piszę nową powieść – podobnie jak "Czerwona ziemia" i "Dzieci lwa", będzie to historia sensacyjno-przygodowa. W zasadzie powinienem ją już kończyć, ale jak zwykle wszystko mi się przedłuża. Praca nad książką ma zresztą bezpośredni związek ze szkołą. Rok temu pojechałem do Etiopii na dokumentację do powieści. Dokumentację sporządziłem, ale łańcuch przyczynowo-skutkowy doprowadził do tego, że zamiast tylko pisać, buduję tam szkołę średnią.
Widziałem, że na zbiórce jest już ponad połowa celu. To sukces czy dopiero początek?
Jedno i drugie. To sukces, bo oznacza, że jeszcze przed wakacjami możemy zabrać się za konkretne prace: geodezyjne, planistyczne, projektowe, porządkować teren. Etiopska pracownia zresztą już kończy mapę bazową i plan funkcjonalno-użytkowy. Ale to też dopiero początek.
A co będzie, jak zbierze pan całość?
Kiedy zbiorę wspomniane 280 tysięcy ze Zrzutki, kiedy już będę miał na umowne ściany, podzielę zapewne zrzutki na konkretne cele: internat, wyposażenie pracowni spawalniczej, boisko piłkarskie, gabinet lekarski, pawilon higieniczny dla dziewcząt itp itd. A jak szkoła ruszy, to trzeba będzie ją utrzymywać.
Koncept jest taki, że to ma być dobra zawodówka, dająca młodym ludziom konkretny fach. Dzięki temu znajdą pracę u siebie, w prowincji Tigraj w północnej Etiopii. I nie będą musieli tułać się za chlebem po świecie. Najlepsi będą mogli pójść na studia.
Dosłownie przed chwilą dzwoniłem do partnera w Etiopii z pytaniem o ostateczną listę zawodów, których będziemy uczyć. Muszę to wiedzieć teraz, bo inaczej planuje się pracownię komputerową, a inaczej pomieszczenia dla przyszłych spawaczy, gdzie musi stanąć ciężki sprzęt.
Jak wygląda budżet całego przedsięwzięcia?
Kiedy zbiorę wspomniane 280 tysięcy na Zrzutce, będę miał w sumie około pół miliona złotych, bo mam też wsparcie z Konsorcjum Filantropijnego Omeny Mensah oraz wpłaty bezpośrednie na konto fundacji MeBeata, którą założyłem w celu wybudowania i utrzymywania szkoły.
To pozwala wystartować z budową. Ale żeby szkołę na 350 dzieci oddać do użytku, żeby młodzi mogli zacząć się uczyć, potrzeba ok 1,2 miliona złotych. Czyli jednocześnie będę budować, żeby nie tracić czasu i nadal zbierać. Na Zrzutce i starając się przekonać możnych tego świata by poszli w ślady Omeny.
A chcę zacząć jak najszybciej budować, żeby pokazywać ludziom postęp prac, na co idą ich pieniądze. Na razie opiera się to wszystko na zaufaniu do mnie. Chcę jak najszybciej pokazać efekty. Do tego dojdą koszty późniejszego utrzymania. To nie jest jednorazowa akcja, to projekt na resztę mojego życia.
Dlaczego pomagać w Afryce, a nie w Polsce?
W Polsce mamy raczej brak uczniów niż brak szkół. I ten problem będzie się pogłębiał przez niską dzietność. W Tigraju, gdzie buduję szkołę, na siedem milionów mieszkańców ponad milion dzieci w ogóle nie ma dostępu do edukacji. Infrastruktura została zniszczona w 90 proc. podczas wojny w latach 2020-2022. Prawie nikt o niej nie słyszał, bo świat żył pandemią i atakiem Rosji na Ukrainę. Tam edukacja jest absolutnym luksusem.
Mam też argument dla zwolenników ostrych przepisów antymigracyjnych: moje działanie służy temu, by absolwenci polskiej szkoły w Tigraju zostali u siebie. Żeby nie musieli szukać szczęścia w łodziach na Morzu Śródziemnym, czy próbować forsować naszej wschodniej granicy. Żeby wiedli swoje życie tak jak lubi przygniatająca większość ludzi na świecie: w swojej ojczyźnie. To argument pragmatyczny, bo romantycy pomogą. bo lubią pomagać.
I ostatnia rzecz, a w sumie najważniejsza: jesteśmy jednym z najbogatszych krajów świata.
Możemy się spierać, czy to 20. czy 25. gospodarka globu, ale mamy problemy pierwszego świata i większość ludzi na Ziemi dałaby wiele, żeby żyć w tak wspaniałym miejscu jak Polska. Ale nasz kraj relatywnie bardzo mało pomaga za granicą w porównaniu do innych europejskich państw. Więc ja samozwańczo głoszę dobre imię Polski w ciężko doświadczonym miejscu świata.
A kim pan się dziś czuje: dziennikarzem, pisarzem czy społecznikiem?
Nie czuję się społecznikiem. Chcę po prostu wybudować tę szkołę. Pisarzem też nie, tylko autorem książek. Najbardziej czuję się dziennikarzem. To moje DNA.












