W ostatnich miesiącach głośno było o sprawie Patryka Słowika i Pawła Figurskiego, obecnie dziennikarzy Zero.pl. Zanim przeszli do tej redakcji, to na łamach Wirtualnej Polski opublikowali serię artykułów o Michale Kaczmarczyku, byłym rektorze Akademii Humanitas w Sosnowcu, a dziś członku rad programowych Polskiego Radia i Polskiej Agencji Prasowej.
Opisali sprawę płatnych certyfikatów przyznawanych uczelniom, samorządom przez osoby i firmy powiązane z Michałem Kaczmarczykiem. Ten zawiadomił policję, a Patryk Słowik i Paweł Figurski zostali skazani w trybie nakazowym za to, że w tekstach w Wirtualnej Polsce nie autoryzowali otrzymanych mailowo wypowiedzi Michała Kaczmarczyka.
W lutym bieżącego roku sąd umorzył postępowanie, twierdząc, że dziennikarze wiernie zacytowali wypowiedzi przesłane drogą mailową. Jak jednak słyszymy od Słowika, Michał Kaczmarczyk złożył odwołanie do wydziału karnego odwoławczego Sądu Okręgowego w Warszawie. I sprawą będzie zajmował się sąd drugiej instancji.

– Michał Kaczmarczyk robi sobie żarty. Na liście pozwanych przez niego dziennikarzy w podobnym do naszego przypadku autoryzacji jest więcej nazwisk, by wspomnieć tylko Jędrzeja Lipskiego z "Dziennika Zachodniego". Wniosek jest jeden: albo nie zna prawa obowiązującego w Polsce, albo nie znają go wszyscy, którzy zajmowali się działalnością Michała Kaczmarczyka. Jak na razie sądy stoją po stronie dziennikarzy – wskazuje.
Sam Patryk Słowik jest przeciwnikiem autoryzacji – także wtedy, gdy występuje w roli rozmówcy innego dziennikarza.
Nie mam zwyczaju autoryzować swoich wypowiedzi. Jak ktoś mnie raz oszuka, to więcej rozmawiać nie będziemy. Ale nie jestem też przeciwnikiem sensownej autoryzacji. Gdy pisałem teksty z wypowiedziami prawników czy ekonomistów, to pewne rzeczy trzeba było uprościć dla czytelnika. I lepiej się czułem, gdy autoryzowałem, bo mogłem coś przekręcić. Autoryzacja w polskim wydaniu jest dość patologiczna, bo bardzo często oznacza napisanie swojej wypowiedzi od nowa czy dodanie kilkudziesięciu zdań.
Słowik mówi, że nie zawsze jako autor zgadzał się na autoryzację w wydaniu rozmówców. Bywało, że zmieniali nie tylko wypowiedzi, ale nawet same pytania.

– Najczęściej informowałem, że to nie jest autoryzacja. W przytłaczającej większości przypadków byliśmy w stanie się porozumieć. Dwa razy zamieściłem fragmenty wywiadu bez autoryzacji. Tak było w przypadku moich rozmów z Leszkiem Balcerowiczem i Ryszardem Petru w Wirtualnej Polsce – opowiada.
Podobne podejście do kwestii autoryzacji ma Bogusław Chrabota, redaktor naczelny Grupy Gremi Media. Twierdzi, że artykuł 14 prawa prasowego jest reliktem.
Jestem przeciwnikiem autoryzacji. W radiu i w telewizji nie ma jej w ogóle, bo to media rządzące się zasadami żywej anteny. Autoryzacji nie ma też w wielu systemach medialnych świata. Robiłem w życiu wywiady w wielu krajach świata z prezydentami, premierami, królami i nikt nie wpadł na to, żeby żądać autoryzacji. Założenie jest proste, jeśli dziennikarz dopuści się przekłamań, to się go spuszcza po schodach i podaje do sądu. W Polsce zasada autoryzacji wynika z braku zaufania polityków do dziennikarzy. Ci drudzy czasem go nadużywali. Ale zgadzam się, że w polskim wydaniu art. 14 prawa prasowego jest reliktem.
Art. 14a prawa prasowego mówi jednoznacznie o wymogu poinformowania rozmówcy o autoryzacji. "Dziennikarz informuje osobę udzielającą informacji przed jej udzieleniem o prawie do autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi" – czytamy.

Komentuje to w rozmowie z Wirtualnemedia.pl dr hab. Michał Zaremba z Katedry Prawa Mediów na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego. – W art. 14a jest wprost obowiązek poinformowania o prawie do autoryzacji – zaznacza wykładowca UW.
Dr hab. Michał Zaremba wskazuje, że autoryzacja jest instytucją prawną tylko w Polsce: – Żaden inny kraj nie ma w systemie prawnym odpowiednika naszego art. 14a Prawa prasowego. Już to sprawia, że trzeba podejrzliwie podchodzić do tej konstrukcji. Kiedyś autoryzacja była w art. 14 ustęp 2 pp i gwarantowała pełną kontrolę autora wypowiedzi nad dosłownym cytowaniem jego wypowiedzi. Efektem tego było, że wiele kontrowersyjnych wypowiedzi nie trafiało do opinii publicznej, bo było wycinanych w procesie autoryzacji.
"On the record" vs "off the record"
W amerykańskim dziennikarstwie – zwłaszcza w mediach mainstreamowych –autoryzacja wywiadów co do zasady nie funkcjonuje. Dziennikarz nagrywa rozmowę, a wypowiedziane cytaty uznaje się za ostateczne.

Wszystko, co rozmówca powie, jest "on the record" (do publikacji – red.). Ewentualne zmiany dotyczą tylko doprecyzowania faktów, a nie sensu wypowiedzi czy stylu.
Także w Wielkiej Brytanii nie ma przepisów obligujących dziennikarza do autoryzacji cytatów przed publikacją. Rozmówca zazwyczaj ustala zasady przed wywiadem. Jeśli rozmowa jest "on the record", dziennikarz nie ma obowiązku pokazywać tekstu przed drukiem.
"Najgorzej, gdy do autoryzacji siada PR"
W praktyce autoryzacja bywa też polem konfliktu między dziennikarzami a działami komunikacji. Jak mówi nam anonimowo dyrektor wydawniczy jednego z portali:
– Najgorzej jak do autoryzacji siada nie rozmówca, ale dział PR. Wiadomo, rozmówca czasami próbuje się rakiem wycofywać z tego, co powiedział, bo nagle to przeczytał i się rozmyślił. Ale w większości przypadków to kosmetyka. Dział PR to automatycznie problemy, bo wycina najbardziej mięsiste kawałki, które robią rozmowę.

Raz miałem sytuację: zobaczyłem na podglądzie, że wyrzucono mi parę tysięcy znaków i dopisano dwa razy tyle od nowa. Były to PR-owe ogólniki, które sprawiały, że cały wywiad tracił sens. A to dopiero była połowa rozmowy. Na szczęście udało się wyjaśnić, dlaczego to bez sensu i dla mnie, i dla rozmówcy, który przyznał, że to nadgorliwość PR-u.
Przypadki, kiedy rozmówcy mylą autoryzację, czyli wyłapywanie nieścisłości, z przepisaniem rozmowy od nowa, zdarzają się dziennikarzom częściej. Często już po wywiadzie orientują się, że powiedzieli za dużo i próbują, wykorzystując polskie przepisy, nie dopuścić do publikacji tego, co dostali od nich dziennikarz.
Jeszcze dalej poszła jedna z aktorek, z którą spotkała się dziennikarka ogólnopolskiego portalu. Dwie godziny szczerej rozmowy. Po kilku dniach tekst wrócił "po autoryzacji" w zupełnie nowej wersji.
— Zmieniła wszystko, nawet moje pytania. W rozmowie mówiła, że czuje się jak na małej tratwie na wzburzonym oceanie. Po autoryzacji okazało się, że wszystko jest cudowne i pełne sukcesów. Ostatecznie nie opublikowałam tekstu. Straciłam tydzień pracy — opowiada.

"Autoryzacja" sztabu Trzaskowskiego
Jeszcze trudniej bywa przy wywiadach z politykami. Szczególnie w kampanii wyborczej. Tak było w przypadku rozmowy z Rafałem Trzaskowskim, kandydatem na prezydenta.
Kilka redakcji stało w kolejce po wywiad. Najpierw były długie podchody, później badanie gruntu, wreszcie wyznaczono termin rozmowy. Całe 25-30 minut. Wywiad urwany w połowie. Obiecana telefoniczna dogrywka. Nie dłużej jak trzy dni później spisana i porządnie zredagowana rozmowa trafiła do polityka PO. Momentami był to mało korzystny dla niego wywiad, ale nie jakiś kompromitujący go czy obnażający. Czekaliśmy długo na autoryzację. Tak długo, że rozmowa - przed obiecaną dogrywką - zdążyła się zdezaktualizować.
– W międzyczasie widzieliśmy, jak prezydent Warszawy bywa u influencerów ("Wini") czy spotyka się z Krzysztofem Stanowskim w swoim domu – słyszę.
– Wreszcie dostaliśmy sygnał – w niedzielę będzie telefoniczna dogrywka z Trzaskowskim, uzupełnimy wywiad o tę rozmowę, wyślemy i dostaniemy autoryzację. Na telefon czekaliśmy prawie 5 godzin w niedzielę. Cisza. Zadzwonił tylko doradca Trzaskowskiego i posypał głowę popiołem. Następnego dnia wywiad z prezydentem Warszawy w tygodniku opinii. Nasz wciąż czekał w kolejce na autoryzację, bez aktualizacji, bo na taką Trzaskowski nie znalazł czasu – dodaje nasza rozmówczyni.

Jak słyszymy, dla dziennikarzy było to kilkadziesiąt godzin pracy, przeczytanie "dramatycznie nudnej" biografii Trzaskowskiego, research, przygotowanie pytań, spisanie rozmowy, redakcja, ponowne przygotowanie do "dogrywki".
– Czy nie mogliśmy opublikować wywiadu bez autoryzacji? Mogliśmy. Ale szefostwo by się na to nie zgodziło. Nie w tak gorącym przedwyborczym czasie. Do dziś mam pokusę, żeby opublikować tę gotową i wiszącą w CMS-ie od miesięcy rozmowę – kończy dziennikarka.
O podobnej sytuacji opowiada nam osoba pracująca w innym portalu internetowym:
– Rozmówczyni, która była znana dziennikarka telewizyjna, najpierw podzieliła się wieloma szczegółami ze swojej kariery zawodowej. Momentami łapałem się za głowę, że o tym wszystkim opowiada, mając pełną świadomość, że przygotowuję materiał dziennikarski. Zawierały fakty, stawki, daty, jednym słowem dziennikarskie mięso.

– Pamiętam, jaką satysfakcję czułem po tym, czego się dowiedziałem. Poświęciłem ponad godzinę na rozmowę z nią i kilka kolejnych na spisywanie i redakcję – zaznacza.
Zupełnie spokojny wysłałem jej cały tekst, myśląc, że może coś zmieni, może coś wytnie, ale na pewno zostanie coś wartościowego. Tymczasem ona, powołując się na art. 14 ustęp 2, który jest od dawna uchylony, widząc jak wiele rzeczy ujawniła, zakazała mi publikacji całego materiału. Twierdziła, że godzi w jej dobra osobiste. Widząc jej desperację, odpuściłem. Jednak mam jednoznaczne wnioski na temat brzmienia autoryzacji w polskim wydaniu.
Również dziennikarzom Wirtualnemedia.pl zdarza się, że oczekiwania rozmówców są kuriozalne. Tak było, gdy jeden z nich, z szeroko pojętej branży mediowo-kreatywnej zażądał... autoryzacji całego tekstu. Do tego pouczał o nieznajomości podstaw zawodu.
Dr hab. Michał Zaremba podkreśla, że przed 2017 rokiem przepisy dotyczące autoryzacji były jeszcze bardziej restrykcyjne. W praktyce oznaczało to, że wiele kontrowersyjnych wypowiedzi nigdy nie trafiało do opinii publicznej, bo ginęły w procesie autoryzacji.

Głośna była sprawa Jerzego Wizerkaniuka, wieloletniego redaktora naczelnego "Gazety Kościańskiej". Dotyczyła publikacji wywiadu z ówczesnym posłem SLD Tadeuszem Mylerem bez jego formalnej autoryzacji. W 2011 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że polskie wyroki skazujące dziennikarza naruszyły wolność wypowiedzi (art. 10 Konwencji), uznając automatyczne kary za brak autoryzacji za relikt cenzury.
– Trybunał Europejski w Strasburgu uznał jednak w sprawie Tadeusza Wizerkaniuka z "Gazety Kościańskiej", że autoryzacja działa jak prywatna cenzura, więc wyrok w rażący sposób naruszył art. 10 konwencji europejskiej (co ciekawe, wcześniej badał autoryzację Trybunał Konstytucyjny i uznał, że nie jest niezgodna z konstytucją) – przypomina dr hab. Michał Zaremba.
To właśnie po tej sprawie zmieniono przepisy dotyczące autoryzacji w prawie prasowym. Nowelizacja Prawa prasowego z 2017 roku wprowadziła konkretne terminy: autoryzacja powinna nastąpić maksymalnie w ciągu 6 godzin w przypadku dzienników i portali internetowych oraz 24 godzin w przypadku czasopism.

– Przez wykreślenie art. 14 ust. 2 (w 2017 roku – red.) i uregulowanie jej w osobnym obszernym artykule. Najważniejszą zmianą jest jednak to, że po pierwsze, naruszenie zasad autoryzacji nie jest już przestępstwem, a wykroczeniem (art. 54c, czyli grzywna wynosi do 5 000 zł, a nie setki tysięcy jak grzywna w KK), po drugie, okolicznością wyłączającą tę odpowiedzialność jest publikacja "wypowiedzi identycznej z udzieloną przez osobę udzielającą informacji" (art. 49b ustęp 2) – dodaje nasz rozmówca.
Jak wskazuje wykładowca, przepis ten "naprawia" autoryzację, chociaż pewne wątpliwości nadal istnieją, ponieważ "identyczność" jest bardzo rygorystycznym wymogiem. Zaremba ocenia, że można się zastanawiać, czy jeśli dziennikarz wygładzi stylistycznie wypowiedź, nie narazi się na odpowiedzialność.











